9 lutego miała miejsce oficjalna premiera Buzza, czyli najnowszego dziecka Google, które ma za zadanie zagarnąć dla siebie część rynku mediów społecznościowych okupowanego obecnie głównie przez Facebooka, MySpace i Twittera (zobacz statystyki). Tym razem zamiast silić się na zewnętrzne serwisy jakim jest starszy brat Buzza, Orkut, którego popularność ograniczona jest do niektórych krajów Ameryki Południowej czy Indii, specjaliści z Mountain View postanowili wykorzystać potencjał 176 milionów UV na miesiąc jakimi poszczycić się może Gmail integrując Buzza wewnątrz interface’u tejże właśnie poczty. Pomysł dość kontrowersyjny, a jego wykonanie jeszcze bardziej. Co z tego wyszło? Zobaczcie sami.
Nim przejdziemy do samej oceny procesu popularyzowania Buzza przez Google, kilka słów o samym produkcie. Ta nazwana przez Grzegorza Marczaka „Twitterem na sterydach” usługa społecznościowa pozwoli Wam bowiem w czasie rzeczywistym dzielić się statusami, zdjęciami czy filmami video z osobami na Waszej liście. Co ciekawe, Buzz nie narzuca tak jak Twitter czy Blip określonego limitu znaków, więc informacje które tu umieścicie nie muszą być maksymalnie skondensowane. Oprócz tego mamy tu dobrze znaną wszystkim obytym z Facebookiem funkcjonalność „Lubię to”, która pomoże Wam wyróżnić statusy znajomych, oczywiście możliwość komentowania postów a także publikowania ich na naszym profilu Google. Warto też wspomnieć, że w odróżnieniu od konkurencji nowa platforma Google pozwola edytować opublikowane już posty, podczas gdy na Facebooku i Twitterze możecie je co najwyżej usunąć. Takie rozwiązanie ma swoje oczywiste plusy i minusy, pozostawię więc to Waszej subiektywnej ocenie. Tradycyjnie dostępne są już też mobilne aplikacje dla Androida i iPhone’a, aby można było uaktualniać swój stream o kolejne newsy nawet wtedy, gdy nie mamy możliwości korzystania z komputera. Szczególnie interesująca może być też dla niektórych funkcja geolokalizacji, która po wizycie na mobilnej stronie Google i przesłaniu statusu dołączy do niego informację o miejscu, w którym się obecnie znajdujemy. Gdybyście jednak chcieli często używać geolokalizacji nie zapomnijcie o istnieniu tej strony, która podkreśla jak przydatne są tego rodzaju aktualizacje dla włamywaczy.
To czego natomiast bardzo brakuje już po kilkunastu minutach spędzonych z Buzzem to „Trending Topics” cieszące się tak wielką popularnością na Twitterze. Takie zestawienie najgorętszych w danej chwili tematów podkreśla fakt odbywania się całej komunikacji w czasie rzeczywistym i wyróżnia mikroblogi spośród innych źródeł informacji. W praktyce natomiast komunikacja oraz interakcje na Buzzie wyglądają właśnie tak:
Całość składa się więc na prostą w obsłudze (na pierwszy rzut oka) i dość funkcjonalną usługę społecznościową, których zresztą na rynku nie brakuje. Mało tego – jeśli kiedykolwiek wcześniej zdarzyło Wam się zarejestrować w serwisie społecznościowym Orkut.com, który również prowadzony jest przez Google, na pewno zwrócicie uwagę na fakt, że Buzz jest tak naprawdę dość wierną kopią swojego starszego brata i nie wnosi wiele nowego jeśli chodzi o kwestie funkcjonalności czy przekazywania informacji. Oto przykładowy profil na Orkut.com, tym razem w roli głównej nasz narodowy mistrz kierownicy:
Jasnym jest więc fakt, że popularność, którą Buzz zdobył w niesamowitym tempie, może zostać przypisana w głównej mierze wbudowaniu tej usługi do poczty Gmail oraz dość ostremu forsowaniu przez Google nowego produktu. Bardzo wiele kontrowersji wzbudził fakt, że Buzz w dniu premiery upublicznił listy kontaktów użytkowników Gmaila, co z oczywistych przyczyn spotkało się z oburzeniem wielu internautów i w efekcie sprowadziło na Google Federalną Komisję Handlu (FTC), Elektroniczne Centrum Prywatności (EPIC) oraz kanadyjskie Biuro Pełnomocnika ds. Prywatności. Sami chyba przyznacie, że jak na początek działalności to faktycznie niezły „buzz”. Gdyby tego było mało, w momencie uruchomienia usługi automatycznie integruje ona nasz czytnik RSS Google Reader, konto na YouTube oraz Picassa. Dla wyważenia trzeba dodać, że można samemu zadecydować czy nasza lista kontaktów i powiązane serwisy Google mają mieć status prywatny czy publiczny, jednak domyślne ustawienia z pewnością wprowadziły niektórych użytkowników w zakłopotanie. Wielu z nas ceni sobie bowiem prywatność i pomimo posiadania kont w serwisach społecznościowych, chcemy mieć prawo wyboru co do tego kto znajdzie się wśród naszych znajomych i z kim chcielibyśmy się wymieniać informacjami. Lista kontaktów znajdująca się w koncie pocztowym zawiera także adresy wielu osób, z którymi prowadzi się częstą, aczkolwiek formalną czy pracowniczą komunikację i nie chcemy dzielić się z nimi zdjęciami naszych kotów i ulubionymi teledyskami na YouTube. Google zdecydowało się więc na bardzo ryzykowny krok, wstępując na grząski grunt ingerencji w konta pocztowe użytkowników Gmail.com. Jeśli dodać do tego fakt, że za każdym razem gdy opublikujemy jakiś status bądź gdy ktoś z naszych znajomych go skomentuje to otrzymamy automatyczne powiadomienie w postaci maila, to można dojść do wniosku, że ta usługa naprawdę może źle wpłynąć na opinię internautów nt. Gmaila. Wszystko to składa się na dość skomplikowany model użytkowania Buzza, z podziałem na prywatne / publiczne statusy, listy, etc. co w efekcie sprawia, że czasem sami możemy poczuć się zagubieni i stracić pewność jakie informacje są dostępne dla wszystkich, a które tylko dla wybranych. Rozwiązanie takie znajduje się w opozycji do prostoty oferowanej przez Twittera, która mi osobiście odpowiada o wiele bardziej.
Jaka będzie więc przyszłość Buzza? Czy uda mu się wypracować ugruntowaną pozycję wśród mediów społecznościowych, czy raczej przepadnie z kretesem i będzie szczycił się najwyższą liczbą nieaktywnych użytkowników wśród mikroblogów? Jak wielki procent osób, które początkowo uruchomiły Buzza zdecydują się go wyłączyć w ustawieniach konta i zapomną na zawsze o jego istnieniu? Czy nie doprowadzi on do kanibalizmu produktowego w obliczu beta testów Google Wave a jeśli tak, to która z platform wyjdzie z tego pojedynku na tarczy? No i wreszcie najważniejsze, czy Buzz ma jakiekolwiek nadzieje na poważne zainteresowanie ze strony polskich internautów, czy raczej tak jak Twitter będzie niszowym produktem dla geeków a nie dla przeciętnego użytkownika „społecznościówek”? Z pewnością najbliższe miesiące przyniosą odpowiedzi na wiele z tych pytań, a ja w międzyczasie zapraszam do dyskusji w komentarzach. Dodam tylko, że informacja o rzekomym udostępnieniu tej usługi osobom nie posiadającym konta pocztowego na Gmail.com może bardzo ciekawie wpłynąć na los Buzza. Ja póki co zintegrowałem go ze swoim kontem na Twitterze i raczej biernie przypatruję się rozwojowi tego produktu.



